poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Dziwadełka i ciekawostki japońskie

Pewnie część z Was czekała na ten wpis. Wszak mówi się, że w Japonii jest tyle dziwności. My choć byliśmy tam bardzo krótko (zdecydowanie za krótko) to kilka ciekawostek zwróciło naszą uwagę. 

Pachinko
Pachinko (czyt. Pacinko) - to gra, na której punkcie oszaleli Japończycy. Automaty do pachinko są obowiązkowym elementem każdego salonu gier (a tych jest wiele). Na wstępie dostaje się kilkaset metalowych kulek. Zabawa polega na takim sterowaniu prędkością i częstotliwością wyrzucania kulek na planszę, aby jak najwięcej kulek dostało się do odpowiednich miejsc. 
Po trafieniu kulkami do odpowiednich otworów, dostaje się... kulki, które następnie można wymienić na punkty lub nagrody rzeczowe (oficjalnie hazard jest zakazany), ale często owe nagrody w budyneczku obok można wymienić na gotówkę. 



Gracze wygrywają wielkie pojemniki kulek...

W takich salonach bywało tłoczno (a najliczniejszą grupę stanowiły osoby dorosłe i starsze). W środku panował niesamowity jazgot od tych wszystkich maszyn i setki kolorowych, migoczących światełek. Myślę, że gdybym tam była chwilę dłużej, wpadłabym jakiś w trans. Czasem za graczem pojawiała się jedna lub kilka młodych, ładnych Japonek. Nie były to przypadkowe dziewczyny ale zwyczajne pracownice salonu. Ich zadaniem było kibicowanie graczowi i cieszenie się z jego sukcesów. Wszystko po to, by przy takim dopingu wydał więcej pieniędzy. Po opuszczeniu lokalu, dziewczyny wybierały innego delikwenta, aby mu pokibicować.

Jeny
W Japonii obowiązują jeny (YEN). Same banknoty wyglądają, jakby były zaprojektowane 50 lat temu. Niemniej, wbrew pozorom, yeny są bardzo ładne, i zdjęcie tego nie oddaje, zwłaszcza portretów pojawiających się jako znaki wodne w tych owalach na środku każdego banknotu.

10 000 jenów czyli jakieś 310 zł
Za: http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/a7/10000_yen_note.JPG

Widać, że ludzie o pieniądze dbają, ponieważ wszystkie banknoty, które przewinęły nam się przez ręce, były jak nowe (co najwyżej były złożone na pół). W porównaniu do filipińskich pesos, gdzie banknoty bywają tak brudne, że czasem trudno rozpoznać nominał - była to doprawdy miła odmiana.  
Cmentarz
Na cmentarzach też było kuriozalnie, no jak inaczej nazwać sytuację, gdy ktoś zmarłemu przynosi w prezencie puszkę piwa i stawia na nagrobku?



Automaty z napojami

Automaty z napojami zdominowały ulice Kioto i Osaki. Były na każdym kroku, nawet na małej, zapyziałej, osiedlowej uliczce.


Można w nich było kupić przede wszystkim gorącą(!) kawę w puszce, zimną zieloną herbatę albo zwyczajne piwo, a czasem nawet gotową zupkę instant. Obok takiej maszyny stał kosz na śmieci. I często to były jedyne pojemniki na odpady w okolicy. Japończycy gardzą jedzeniem i piciem w ruchu. Uważają to za straszny nietakt. Dlatego jeśli kupiłeś kawę w automacie, to ją w tym miejscu powinieneś wypić a śmieci wyrzucić do kosza. Człowiek biegnący rano do pracy, zagryzając w biegu drożdżówkę - nie, to nie tutaj. 


Chodniki
Mimo braku koszy na śmieci ulice były czyste i zadbane. Choć dla mnie - zdecydowanie za mało zielone. Brakowało mi tam jakiejś spontaniczności, drzewa przed domem czy dzikiego krzaka na poboczu. 
Z innych ciekawostek - na wąskich ulicach chodniki nie były na podwyższeniu jak u nas, a od jezdni oddzielał go tylko pas farby. Było to o tyle praktyczne, że w razie potrzeby (np. przejazdu szerszego pojazdu) można było taki pusty chodnik wykorzystać jako rozszerzenie jezdni. Było to też wygodne dla rowerów (te poruszają się po chodnikach), bo nie miały problemów z krawężnikami, podjazdami itd.

J/japonki
Japonki są zazwyczaj ładne. I dosyć elegancko się malują. I bardzo chętnie noszą wysokie obcasy, choć same nie są tak niskiego wzrostu jak inne Azjatki. Lubiłam na nie patrzeć, na pewną estetykę w ich stroju. Jedyne co mnie bawiło, to skarpety. Zarówno kobiety jak i mężczyźni nie lubią pokazywać stóp, za to lubią buty - japonki. Rozwiązaniem były odpowiednie skarpety - tabi, zaprojektowane specjalnie do tychże butów, w zdecydowanej większości były to skarpety białe.


Mapy
To że północ jest na północy u Japończyków wcale nie jest oczywiste. Co mam na myśli? Otóż mapy zazwyczaj wcale nie były zorientowane na północ, tylko w kierunku, w jakim stał słup z mapą, np. za południowy zachód.  


Zdarzały się też mapy z zaznaczonym południem, a nie północą. Czytanie  zatem należało rozpocząć od znalezienia kierunków.

Maseczki
Ludzie bardzo często noszą maseczki ochronne, ale to nie dlatego, że boją się ptasiej grypy a raczej nie tylko z tego powodu. Wielu Japończyków żyjąc w sterylnych warunkach padło ofiarą różnych alergii, a zwłaszcza na pyłki. Dlatego teraz, kiedy kwitną wiśnie, wielu mieszkańców próbuje się pyłków odseparować. 


  


Ba, nawet 3-letnia Mia - córka naszego gospodarza w Osace, miała lalkę z maseczką…

Dla mnie to było troszkę dziwne, zwłaszcza jak dwójka ludzi ze sobą rozmawiała. Taka maseczka utrudniała odczytywanie mimiki, a Japończycy i tak nie grzeszą przesadnym okazywaniem emocji. 


Toalety
Nie mogłam nie poruszyć tego oczywistego wątku. Toalety są tutaj bardzo zaawansowane technologicznie. Tak bardzo, ze czasem się człowiek musi nieźle zastanowić, jak z takiej skorzystać i nie zrobić sobie krzywdy. Wiecie, że dzięki nowoczesnym sedesom w wielu przypadkach nie ma potrzeby używania papieru toaletowego? 
Taki sedes potrafi człowieka po załatwionej potrzebie umyć cieplutką wodą, wysuszyć a nawet wypachnić! Obok sedesu jest zazwyczaj pilot z kilkoma a czasem kilkunastoma przyciskami. I oczywiście wszystkie opisane po japońsku. Wszystkie! Więc było trochę zabawy, gdy tak człowiek odkrywał nowe możliwości…


I to co bardzo mi się spodobało, to popularne umywalki nad sedesem.
Po uruchomieniu spłuczki, z kranu płynęła czysta woda, która napełniała zbiornik.  Można było od razu sobie ręce umyć. Ale co zabawne, deski sedesowe były często podgrzewane i bardzo czyste, a woda w tymże kranie zimna i często bez mydła. 

A końcówka papieru toaletowego była składana w trójkącik. I nie bardzo wiem po co.  Żeby kolejnej osobie było milej? A może bo takie zagięcie papieru sprawia, że wygląda to estetyczniej? 

O i inne kuriozum. W toaletach publicznych (jest ich bardzo dużo i są bezpłatne) zazwyczaj nie było suszarki do rąk ani ręczników papierowych. Ot, Japończycy chodzili ze swoimi malutkimi ręcznikami, właśnie na taką okazję.


Cisza
Wspominałam już o tym, jak cicho było w Kioto i Osace. Przykładowo, ludzie nie rozmawiali w środkach komunikacji przez telefon a nawet dzwonki komórek odzywały się rzadko i nieśmiało. A w pociągach, przy miejscach siedzących przeznaczonych dla osób starszych i matek z dziećmi, była wprost informacja, że to strefa ciszy i w telefonie należy wyłączyć dźwięki. 
Ale to nie oznacza, ze Japończycy z telefonów nie korzystają, wręcz przeciwnie. Po prostu więcej piszą niż rozmawiają.


Jedzenie
W sklepikach można kupić od razu gotowe omlety, miseczki ryżu czy całe zestawy lunchowe a po zapłaceniu obsługa sklepu jedzenie szybko odgrzewała. Konsumpcja zatem następowała praktycznie tuż obok sklepowych półek, na wyznaczonej do tego celu przestrzeni. 

Bento - to popularny zestaw obiadowy, który dobra żona powinna przygotowywać mężowi do pracy. Bento składało się z kawałków różnego jedzenia i też było do kupienia w bardzo wielu wariantach (to dla tych co małą złe żony). 


Wiele restauracji prezentowało na wystawie atrapy jedzenia, które wyglądały jak prawdziwe. Atrapa piwa miała piankę, a w sztucznym rosole pływały oka. Gdy człowiek spoglądał na coś takiego, od razu robił się głodny. 


A faktyczna potrawa wyglądała jak te na witrynie. Żadnej ściemy!


Lody, jak i ogólnie słodycze, Japończycy robią naprawdę pyszne. Chyba najlepsze, jakie w życiu jadłam. A ciastka i lody herbaciane - pychota!


Na widok takich pyszności od razu byliśmy głodni

Na obiad i kolacje często spożywa się zupę rybną miso oraz rosołopodobne udon lub ramen - są to zupy z odpowiednim makaronem i różnymi dodatkami, np. pływającym na wierzchu omletem albo dziwnymi grzybami. (Udon ma makaron bardzo gruby, ramen - cienki, prawie jak zupki "chińskie", które nota bene zostały wymyślone w Japonii i mają swoje własne muzeum)


Zupa miso

Grzybki też tam mają fajne:


Ramen i udon zazwyczaj są serwowane w małych barach, oznaczonych dużymi lampionami, bez drzwi, za to z przysłoniętym od góry wejściem (tak, że człowiek przekraczając próg musi się schylić). Wewnątrz podłużne lady dookoła kuchni. Tak więc na bieżąco widać, co właśnie przygotowuje kucharz. Japończycy potrafią jeść mlaskając przy tym głośno. 

Wieczorami zmęczeni godzinami spędzonymi w pracy, mężczyźni lubią sobie odpocząć przy szklaneczce sake. Może być podawana na ciepło, albo na zimno i zawsze ze spodeczkiem. Po co? Bo jak nalewają sake, to zazwyczaj nalewają więcej niż się mieści w szklaneczce i nadmiar spływa na spodek. To na dowód, że kelnerzy nie próbują na kliencie przyoszczędzić. 


Raz będąc w malutkiej restauracji zamówiłam sobie do sake smażony korzeń lotosu. A że nie wiedziałam co to jest, nie miałam specjalnych oczekiwać. Spokojny tymczasem zamówił tofu (polskie tofu nie przypomina w smaku tego japońskiego czy filipińskiego). Przyszła pierwsza potrawa, wyglądała dziwnie, więc stwierdziliśmy, ze to pewnie ten korzeń. I zjadłam z apetytem choć smakował dziwnie znajomo. Po jakimś czasie  oczekiwania Spokojny zapytał, kiedy na stół dotrze jego tofu, a pani grzecznie wyjaśniła, że przecież już je podała a, że ja zabrałam i zjadłam…. No cóż, tofu było istotnie lepsze niż korzeń, który za chwilę pojawił się na stole. Za to porcje tak malutkie, że mimo, że zapłaciliśmy dużo za przeciętny smakowo obiad, wyszliśmy niezbyt najedzeni (ale za to trochę po sake wstawieni).

Następnego dnia w innej knajpce zamówiliśmy udon. I ze skrajności w skrajność, zamiast, jak się spodziewaliśmy, małej miseczki zupy z makaronem, dostałam wielką ciężką michę, w które był przynajmniej litr zupy. A myślę, że więcej.


Udon z grzybami

A z ciekawostek: Można kupić sobie bułkę nadziewaną sałatką ziemniaczaną, albo….


...z makaronem! Do tego sałatka, omlet i trójkącik ryżowy


Albo... 


gorącą bułkę zimnymi lodami, 
czyli koszmarek dla ludzi z nadwrażliwymi zębami.

Albo…. 


...lody o smaku wody sodowej.


Parasole
W deszczowy dzień można było odnieść wrażenie, że w Japonii występuje tylko jeden rodzaj parasola - przezroczysty z białą rączką.  Można je było kupić praktycznie w każdym sklepie wielobranżowym i spożywczym, a także w automatach.  A jakby się człowiek trochę postarał (choć nie jakoś tak bardzo), to by sobie jakiś znalazł, np. stojące gdzieś na ulicy przy przystanku autobusowym. 

Automat z parasolami

Wchodząc do co lepszych centrów handlowych można było parasol włożyć do odpowiedniej maszynki, która nakładała na niego foliową torbę, tak żeby podczas zakupów nic nie kapało na podłogę. 

A tam, gdzie parasol trzeba zostawić przy wejściu zdarzały się stojaki - z zabezpieczeniami na kluczyk, tak żeby nikt nam (wyłącznie przez pomyłkę) parasola nie zabrał. 



A zresztą - nawet jakby ktoś zabrał nie swój parasol, to pewnie by się nawet nie zorientował, bo większość wygląda podobnie. 


A na zakończenie: 


Tak. sukienkę ślubną można sobie kupić… w kiosku. 

PS. A na dowód, że w Japonii wszystko jest możliwe: 


Czyli sklep otwarty od 10:00 do 26:00.
(:

niedziela, 29 marca 2015

Świątynie, herbata i spanie w kapsule!

Dzisiaj znów będzie o świątyniach w Kioto - wszak to głównie dla nich przyjeżdża się do tego miasta. 

Najbardziej charakterystyczną świątynią Japonii jest Kinkaku-ji Temple - Świątynia Złotego Pawilonu. 

Oryginalny Pawilon powstał pod koniec XIV w. i przetrwał przez wieki, do 1950 r., gdy został podpalony przez chorego psychicznie mnicha. Budynek spłonął. W ciągu 5 lat go odbudowano. 


Kolor i nazwę świątynia zawdzięcza prawdziwemu złotu, którym pokryto znaczną część budynku. Do środka nie można wejść. Wewnątrz znajdują się trzy piętra - pierwsze, dedykowane cesarzowi  i jego otoczeniu, drugie szogunom (którzy rządzili wojskami - a przez to de facto również krajem) a trzecie piętro to właściwa świątynia zen. 

Budowla otoczona była przepięknym, świetnie utrzymanym ogrodem.



...oraz setkami turystów - choć głównie krajowych.


Widać było wyraźnie, że Japończycy często i ochoczo zwiedzają swoją ojczyznę. A wiecie co było niesamowite? Że mimo tych tłumów było tam cicho. Nikt nie wrzeszczał, co najwyżej cicho mówił. Gdyby zamknąć oczy, można by pomyśleć, że na około jest raptem kilka osób.

A jak przekonać ludzi do dawania datków? Zrobić dla nich konkurs, kto trafi monetą do miski. I aż były kolejki chętnych do spróbowania.



Sprytne!

--

Wybraliśmy się również zobaczyć Pałac Królewski - Ninjo Castle, niestety był tego dnia niedostępny dla turystów, za to mogliśmy przespacerować się po otaczającym go parku.


Oczywiście Japonia jest nazywana Krajem Kwitnącej Wiśni nie bez powodu. Staraliśmy się tak wybrać termin naszej podróży, żeby zobaczyć chociaż pierwszą fazę kwitnienia. I udało się!

Japończycy są absolutnie zakochani w kwiatach wiśni. Kiedy następuje ten najpiękniejszy fragment roku, wielu z nich bierze urlop i przenosi się do parków by podziwiać kwiaty. W telewizji są specjalne programy informujące, w którym miejscu kwitną wiśnie i w jakim stadium rozwoju są kwiaty. 

Nie ukrywam, że setki kolorowych drzew zachwyciło nas. A to dopiero początek, było widać, że za kilka dni już wszystkie drzewa będą obsypane kwiatami a w Japonii zapanuje istne, wiśniowe szaleństwo.

To tyle o parku. Wracają do kompleksu pałacowego - budynki ukryte były za wysokim murem. Nie mogliśmy tam wejść, ale mogliśmy pozwolić sobie na snucie opowieści. Spokojny tłumaczył mi wtedy o dawnym życiu w cesarskiej rodzinie, walkach szogunów o wpływy i o roli kobiet. 


W Japonii nadal panuje system patriarchalny. To mężczyźni głównie pracują, to oni piastują wysokie stanowiska w polityce i biznesie. Parytety - to nie tutaj. Z drugiej strony, kobiety są biegłe w manipulowaniu swoimi mężczyznami i mają na nich duży wpływ. Często zatem dochodzi do konfliktów na linii żona - teściowa, dlatego młode małżeństwa od początku mieszkają oddzielnie. Po cichu mówi się, że za wieloma politykami czy prezesami dużych firm, stoją ich silne osobowościowo kobiety, Jednak oficjalnie ich głównym zadaniem jest wychowywanie dzieci i dbanie o dom. Podczas gdy swoje pierwsze dziecko Polka rodzi statystycznie w wieku 26,9 lat, Japonka mając średnio 30,3 lat (Filipinka w wieku 23,1 lat) (za:https://www.cia.gov/library/publications/the-world-factbook/fields/2256.html).

Wynika z tego, że mieszkanki Kraju Kwitnącej Wiśni zostają matkami stosunkowo późno, choć napotkane kobiety wyglądały z naszego punktu widzenia bardzo młodo.

Rola kobiety jest również wyrażona przez kanji - (jeden z trzech sposobów zapisu w języku japońskim, bazujący na znakach chińskich). 

Słowo mąż reprezentują symbole:  główny + osoba 主人

Słowo żona może być reprezentowane na dwa sposoby:
- dom + wnętrze  家内
- kobieta + szczotka..... 

Dawniej małżeństwa były aranżowane, teraz nadal w kilku procentach o przyszłym małżeństwie decyduje rodzina. Doprawdy kiepska perspektywa...

--

Innego dnia wybraliśmy się na rytualne parzenie zielonej herbaty. Odbywało się ono w świątyni, z zachowaniem wszelkich zasad i reguł. Był to fantastyczny moment dla Spokojnego, który jest wielkim fanem zarówno zielonej, sproszkowanej herbaty jak i samego rytuału jej parzenia.


Prawdziwa proszkowa zielona herbata - matcha
jest gęsta a na jej powierzchni
unoszą się małe bąbelki.

Wszystko odbyło się w świątyni.



Najpierw (oczywiście po zdjęciu butów i okryć wierzchnich) zaprowadzono nas do pomieszczenia wyłożonego tatami czyli słomianymi matami, które często zdobią podłogi w japońskich świątyniach i domach. Dobre jakościowo tatami intensywnie pachnie trawą i taki też zapach unosił się w budynku. Na matach klęczy się, siadając na stopach. Dla Japończyków jest to pozycja wygodna, przyzwyczajają się do niej od małego. Mi osobiście cierpły nogi i było to tak męczące, że aż mnich prowadzący ceremonię uśmiechnął się do mnie serdecznie i powiedział, że "japoński sposób siedzenia jest trudny dla gadzjinów, dlatego daje mi dyspensę". Uff, co za ulga!

Wtedy też prowadzący zaczął opowiadać o przepełnionym symboliką rytuale parzenia herbaty i o tym, że dzisiejszy napój będzie dedykowany mnichowi, który 100 lat temu zmarł w tej świątyni. Razem z nami w rytuale uczestniczyło około 10 Japończyków, wszystko oczywiście było wyjaśniane w ich języku i na szczęście Spokojny był moim tłumaczem.
Następnie zaproszono nas do pomieszczenia obok, gdzie czekała już na nas piękna kobieta w tradycyjnym stroju. To ona parzyła herbatę. Prezentowała wszystkie przedmioty, z których korzystała (m.in. natsume - kilkusetletni pojemnik na herbaciany proszek). Cały proces parzenia zawierał w sobie dużo precyzyjnie wykonanych ruchów i gestów. Gdy herbata była przygotowywana poczęstowano nas malutkimi, pięknie wykonanymi ciasteczkami. Gdy napój był już gotowy, w pięknej czarce otrzymał go najstarszy z gości. Dla pozostałych uczestników przyniesiono herbatę z innego pomieszczenia. Każdy kto dostawał napój wymieniał ukłony z osobą przynoszącą czarki. Dużo w tym wszystkim było grzeczności i uniżoności.
Sama herbata - w smaku zupełnie nie przypominała liściastej. Była mętna, gęsta jak jogurt, z bąbelkami!

Na zakończenie każdy mógł przysunąć się do przedmiotów biorących udział w rytuale, aby je dokładnie obejrzeć. Co było zabawne - ludzie nie wstawali by podejść, tylko cały czas klęczeli, przyciągając się rękoma. Bardzo mnie to bawiło, bo taki sposób poruszania to pamiętam z zajęć gimnastyki w przedszkolu. Co kraj to obyczaj!

---

Spacerując po Kioto wielokrotnie napotykaliśmy stare świątynie. Czasem trudno było rozgryźć czy jest ona buddyjska czy shintoistyczna, bo najczęściej sprawiała wrażenie, jakby była poświęcona obu tym religiom.



Wnętrze świątyni


Buddyjski mnich odprawiał modlitwy


Dookoła świątyni prężnie działało targowisko
z lokalnymi smakołykami.
(Kupiliśmy pyszny chleb!)

Jedna świątynia mnie zaskoczyła, a raczej obnażyła moją niewiedzę. Wybraliśmy się do buddyjskiej budowli sakralnej typu zen - Ryoan-ji Temple zwanej również Świątynią Uspokojonego Smoka. Wewnątrz mieliśmy zobaczyć ogród zen. Wyobrażałam sobie parki podobne do tych widzianych wcześniej, pełne starych drzew, kwitnących wiśni, idealnie czystych. Ale, nie!
Ten był inny.


Był to kamienny ogród, składający się z kilku kamieni otoczonych mchem, ustawionych na idealnie zagrabionym żwirze, który jest codziennie od nowa grabiony przez mnichów, co podobno sprzyja wyciszeniu się i medytacji.

--

Wieczorami wybieraliśmy się do tętniącej życiem starej dzielnicy Gion. To obszar artystyczny, w której mieszkali artyści, inteligencja, gejsze. To tam były wysokiej klasy restauracje, piękne parki i świątynie. Obecnie jest to bardziej dzielnica turystyczna, choć w bocznych uliczkach można było zobaczyć troszkę dawnego, artystycznego świata czy pośpiesznie przemykającą między budynkami prawdziwą gejszę.


Wiele ulic było oświetlonych stojącymi na ziemi lampionami




W wazonach prezentowano kwiaty
ułożone według zasad ikebany


Nocami świątynie były pięknie oświetlone

I choć zdjęcia nie oddają charakteru tego miejsca, było tam ciemno i tajemniczo. Aż się chciał człowiek zgubić!

A na zakończenie naszej wizyty w Kioto, zdecydowaliśmy się na nocleg w hotelu kapsułowym. Oczywiście przy wejściu trzeba było zdjąć buty i założyć służbowe kapcie, po rejestracji dostaliśmy klucze do naszych szafek w przebieralni oraz numer kapsuły.


Kapsuły


Oczywiście spaliśmy na oddzielnych piętrach (takie rozdzielanie płci jest typowe dla Japonii, a wiele hoteli kapsułowych dostępnych jest wyłącznie dla mężczyzn). Hotel był wysoki i wąski, co oznaczało, że na innym piętrze były prysznice a na innym kapsuły i bardzo mnie bawiło, że do toalety jeździłam windą (i to windą tylko dla kobiet! :)


Na szczęście dla nierozgarniętych turystów, 
czyli takich jak ja,
 oprócz japońskich znaków zastosowano czytelne piktogramy. 

Same kapsuły były większe niż się spodziewaliśmy.



Wewnątrz każdej komory był panel sterowania oraz jedno gniazdko elektryczne. Można było przede wszystkim ustawić sobie moc oświetlenia oraz czas pobudki. Zastanawialiście się kiedyś, jak obudzić śpiocha w hotelu kapsułowym, tak by przy okazji nie obudzić innych? Alarm dźwiękowy oczywiście nie wchodził w grę. Budzono nas światłem - otóż tuż przed wyznaczonym czasem w komorze robiło się coraz jaśniej, aby po chwili świeciło wewnątrz intensywne, bardzo jasne światło. Mnie obudziło by to na pewno. Ale nie było takiej potrzeby, a to z tego powodu, że prawie tej nocy nie spałam - niestety jedna z Japonek chrapała straszliwie, co jeszcze spotęgowane zostało przez kapsułowe echo. Słuchawki na uszach nie były wystarczające i zamiast sobie spać, to wymyślałam tysiąc sposobów na morderstwo...

Jeszcze jedna znamienna rzecz - w przebieralni czy w łazienkach ludzie byli niewidzialni. Nikt na nikogo nie spoglądał, nikt nic nie mówił. Pierwszy raz doznałam takiego uczucia niewidzialności - i niezbyt mi się podobało, choć z pewnością zapewniało prywatność i święty spokój.

Mimo to, bardzo się cieszę, że spędziłam noc w tym hotelu, bo było to świetne doświadczenie!

piątek, 27 marca 2015

Kioto - miasto świątyń

Przez pierwsze kilka dni zwiedzaliśmy Kioto, które przez ponad 1000  lat, do 1868 r. było japońską stolicą. Obecnie jest uznawane za centrum kulturalne kraju. Ekonomia miasta opiera się głownie na turystyce oraz rzemiośle artystycznym. To właśnie w Kioto powstaje najwięcej dzieł sztuki i pięknie zdobionych kimon. 

W czasie II wojny światowej amerykanie planowali zrzucić na nie bombę atomową, ale na szczęście rozmyślili się i Kioto nie zostało prawie wcale zniszczone, dlatego wiele zabytków (głównie sakralnych) jest autentycznych.

W Kioto świątynie buddyjskie i shintoistyczne można spotkać na każdym kroku. Kiedyś policzono, że jest ich w sumie, ponad dwa tysiące. Wiele z nich pochodzi sprzed kilku setek lat i stanowią dużą wartość religijną i historyczną. 

Wybaczcie mi skrajne uproszczenia, ale zazwyczaj religie tak mają, że nie dają się opisać w dwóch zdaniach.  

W Kraju Kwitnącej Wiśni dominuje shintoizm. Drugą religią jest buddyzm (a jednak wegetarianizm, tak powszechny wśród buddystów w Japonii nie jest popularny). Ale mieszanie tych wyznań (i innych) jest czymś normalnym. Nikogo nie dziwi, jeśli wyznawcy shintoizmu ślub biorą w świątyni buddyjskiej i odwrotnie. Nie ma tam tak jak u nas w Europie - że deklarujesz i wyznajesz jedną wiarę. Tutaj jest to bardziej skomplikowane a ludzie sami tworzą swoje własne religijne mieszanki (zwłaszcza, że te religie są dosyć do siebie podobne).

Shintoizm (shinto) jest tradycyjną japońską religią i traktowana jest bardziej jako filozofia, element tożsamości i tradycji niż de facto wyznanie. Nie ma rygorystycznych reguł, czy instrukcji, jakimi słowami się modlić. Kami - oznacza Boga, i może on przyjmować dwie formy - duchową lub materialną - Kami może być w kamieniu lub starym drzewie - wszystkim tym, co "weszło na wyższy poziom", dzięki swojej wielkości, wieku czy skomplikowanej historii. Zatem Bóg może być wszędzie i we wszystkim. Jeśli takie drzewo zostało uznane za święte, ludzie otaczają je opieką i czcią. 

W Shintoiźmie wierzy się, że kiedy dajesz komuś prezent, to również przekazujesz kawałek siebie. Nawet drobne upominki są wręczane często i z dowolnej okazji. Bardzo ważne jest również ich estetyczne opakowanie (które niejednokrotnie jest cenniejsze i piękniejsze niż sam prezent). Japończycy przykładają bardzo dużą wagę do estetyki, co przejawia się chyba we wszystkich aspektach życia.
Ale wracając do podarunków. Ponieważ ludzie wierzą, że w posiadanych przedmiotach jest również cząstka naszego ducha, kradzież jest nie tylko niehonorowa, ale również niebezpieczna - bo w zabranym przedmiocie zabieramy również kawałek ducha właściciela. W Japonii czuliśmy się super bezpiecznie i nie było na ulicach policji z bronią czy przeszukiwania bagażu przy każdym wejściu do sklepu, jak ma to miejsce na Filipinach. 

Za bardzo odbiegłam od tematu. Religia. Wybraliśmy się zobaczyć kilka najświetniejszych świątyń w Kioto. 

Ginkaku-ji Temple - czyli buddyjska Świątynia Srebrnego Pawilonu z XV w.


Ginkaku-ji Temple

Czapla mieszkająca przy świątyni

Ogród Zen otazający świątynie

Idealny ład. idealny porządek.
Zwróćcie uwagę, nie ma żadnego zbędnego liścia na ziemi. 

Wewnątrz ogrodu panował niesamowity spokój i cisza, (mimo sporej ilości turystów). Dziwił mnie nieprawdopodobny porządek. Idealnie wygrabione ścieżki, wyzbieranie suche liście i igły. Stare budynki, stare drzewa, przemykający cicho mnich - to wszystko sprawiało, że czuliśmy się jakbyśmy się przenieśli w czasie o kilka wieków.

I mimo niezwykłej atmosfery tego miejsca ruszyliśmy dalej. Chcieliśmy jeszcze wiele zobaczyć i przeżyć. Kilka ulic dalej, w XVI w. zbudowano kolejną ogromną świątynię: Nanzen-ji Temple.



Ogromna świątynia sprawiała u mnie wrażenie opustoszałej. Może dlatego, że ogród był usytuowany dalej, a sam budynek sprawiał wrażenie, jakby stał na zbyt dużym placu, a może zła pogoda odstraszyła turystów. 

Torii - to brama, za którą kryje się święte miejsce,np. świątynia

Malutka świątynia shintoistyczna

Mała świątynia shintoistyczna, 
i modląca się kobieta.
Modlitwy w świątyniach shintoistycznych często były wzbogacone o głębokie ukłony i klaśnięcia w dłonie. Po wypowiedzeniu życzenia uderzało się o mały dzwon.


A to już prosta fontanna Temizuva, zawsze jakaś stała w pobliżu świątyni. Przed przystąpieniem do modlitw należało  przy pomocy kijka z miseczką polać sobie dłonie a następnie nalać odrobinę wody na dłoń i wypić ją. Ten rytuał ma oczyszczać ciało i duszę przed wejściem do świętego miejsca. Absolutnie zabronione jest zanurzanie dłoni w tej wielkiej misie lub polewanie się wodą nad nią, ponieważ skaziłoby to oczyszczającą wodę. 

A to już tabliczki Ema:


W pobliżu miejsc świętych wierni umieszczają drewniane tabliczki z prośbami i życzeniami. Tradycja nakazuje, że gdy dane życzenie się spełni, należy przyjść i zawiesić tabliczkę dziękczynną. Podobnie jest z życzeniami pisanymi na kartkach papieru i zawieszanych w pobliżu miejsc świętych. Bezpośrednio przy świątyniach można w automacie zaopatrzyć we wróżbę. Kupiliśmy sobie jedną,w której wyczytaliśmy m.in., że mamy nie śpieszyć się w podróży, ale im szybciej zmienimy miejsce zamieszkania tym lepiej...

A to już świątynie w kompleksie Kiyomizu-dera. Niestety dotarliśmy tam zbyt późno by zwiedzić główny budynek. Mimo to, mniejsze, kolorowe budowle były bardzo ciekawe.

Żywa kolorystka dodawała dużo uroku
Pagoda oświetlona przez zachodzące słońce
Główna świątynia, poświęcona została bogini współczucia Kanon - to od niej wzięła nazwę popularna marka fotograficzna. 

W pobliżu świątyni widzieliśmy wiele młodych dziewczyn, przebranych w stroje gejsz. 


Oczywiście nie były to prawdziwe gejsze - te turyście spotkać jest bardzo trudno. Gejsza była i jest przede wszystkim artystką, kształconą przez lata w sztuce rozmowy, tańca i elegancji, nie jest ona (jak wieść niesie) prostytutką. Wynajęcie takiej towarzyszki kosztuje nawet kilka tysięcy dolarów za wieczór. Te dziewczyny, które widać na zdjęciach to zwyczajne Japonki, które wypożyczyły sobie odpowiednie stroje. Było to dość powszechne zjawisko - wszak ludzie są tam dumni ze swojej historii i kultury, a poza tym lubią się przebierać (np. zakochani często noszą takie same ubrania). Jednak już na pierwszy rzut oka można było odróżnić prawdziwą gejszę od tej udawanej - wystarczyło spojrzeć na swobodę i elegancję z jaką kobieta się poruszała oraz na jej wiek. Młodziutkie dziewczyny nie mogły być gejszami, ponieważ ich kształcenie wymagało lat ciężkiej pracy.

Mimo to z sympatią spoglądaliśmy na przebierańców i na to, że swoją historią i tradycją mogą się również bawić.