piątek, 10 kwietnia 2015

Osaka

Zanim opiszę wam nasze dalsze japońskie przygody, niezbędne jest krótkie historyczne wprowadzenie.

--- WPROWADZENIE HISTORYCZNE --- (napisane przez Spokojnego)

Japonia zawsze była mocno odizolowana od reszty Azji (i świata), przez co jej historia toczyła się dość niezależnie. Japończycy mają swój ród cesarski, który według tradycji pochodzi od boga - aktualny cesarz Akihito jest 125-tym cesarzem.

W dawnej przeszłości cesarz był jedynym władcą Japonii, zarządzającym krajem przy pomocy rodów szlacheckich. Od czasów wczesnego średniowiecza, władza powoli była przejmowana przez szogunów - głowy tych rodów, również walczących miedzy sobą - przez 600 lat Japonia była wielkim polem bitwy.

Japonia została zjednoczona przez Hideoshiego (imię) Toyotomi (nazwisko), pod koniec XVI wieku. Kiedy Hideoshi zmarł, pozostawił władzę 5 następcom, ale oni również zaczęli ze sobą walczyć.
Zakończyło się to przewrotem politycznym w 1600 roku, kiedy to ród Tokugawa zwyciężył ostatecznie i odsunął zupełnie od władzy inne rody jak i samego cesarza.

Tokugawowie panowali do lat 60 XIX wieku (ale cesarz pozostał symbolem władzy), ten okres nazywa się "okresem Tokugawa" lub "okresem Edo", bo stolica była wtedy w Edo (czyli współczesnym Kioto). W tym czasie Japonia była całkowicie zamknięta na kontakty z innymi krajami (w tym również niedostępna dla misjonarzy!), za wyjątkiem okrętów z Holandii, które mogły wpływać tylko do jednego portu i nadal był zakaz szerzenia jakiejkolwiek innej religii. Chrześcijanie którzy przybyli przed zamknięciem granic, byli prześladowani i żyli w ukryciu.

W latach 1854-1868 Amerykanie zmusili militarnie Japonię do otwarcia się na kontakty z USA, Zachodem Europy i Rosją, rezygnacji ostatniego shoguna Tokugawy ze stanowiska, i przywrócenia władzy cesarza.

Aż do końca drugiej wojny światowej cesarz był ponownie jedynym władcą. Ten okres określa się mianem restauracji Meiji, gdyż Japonia faktycznie w krótkim czasie przeszła ewolucje od kraju
średniowiecznego, do nowoczesnego państwa ze świetną gospodarką i ekonomią, choć niestety odbyło się to kosztem wielu tradycji (np. miała miejsce bardzo poważna zmiana językowa, zlikwidowano kastę samurajów i zabroniono noszenia mieczy).

Japonia w 1937 roku wdała się w wojnę z Chinami. Posiadała wtedy najnowocześniejszą armię w Azji. Konflikt ten wplątany został w drugą wojnę światową. Japonia przegrała wojnę, gdyż Amerykanie potrafili świetnie odciąć Japończyków od źródeł surowców  przez precyzyjne bombardowania. Wybuchy bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki tylko przyspieszyły nieuchronna kapitulacje kraju. Według wielu osób zrzucenie tych bomb było zupełnie niepotrzebnym aktem ludobójstwa.

Po wojnie, Japonia była okupowana do 1952 roku. W tym czasie Amerykanie wymusili kolejne zmiany społeczne: wprowadzono demokrację - odsunięto cesarza od władzy, za to wprowadzono parlament, partie i związki zawodowe, rozwiązano wojsko i aresztowano większą część pozostałych przy życiu dowódców wojskowych, a także przeprowadzono reformę edukacji, w tym drugą poważną reformę językową (dlatego Japończycy nie potrafią przeczytać dokumentów sprzed reform bez ukończonych wyższych studiów językowych).

Po wojnie Japonia stała się bardzo szybko (już w latach 60-tych) trzecią największą potęga gospodarczą świata, tuż po USA i ZSRR.

--- KONIEC WPROWADZENIA ---

Tak jak pisałam wcześniej, z Kioto do Osaki przyjechaliśmy shinkansenem - superszybkim ekspresem. I zamiast rzucić się w turystyczny wir, postanowiliśmy tak po prostu "iść w miasto" i pozwolić się zgubić.

Osaka nie jest tak nastawiona na ciekawskich przyjezdnych jak Kioto. Jest typowym miastem biznesowym, z wysokimi wieżowcami, nowoczesnymi samochodami na ulicach i tysiącami mężczyzn w garniturach. Klimat tego miejsca był zupełnie inny niż w starej stolicy. Ludzie bardziej się śpieszyli, biurowców i sklepów było więcej, świątyń mniej, natomiast cisza była podobna, nawet na tej ogromnej stacji kolejowej!

Spacer bez celu zaowocował znalezieniem starej szkoły Tekijuku prowadzonej przez nauczyciela o imieniu Ogata Koan. Uczył on języka holenderskiego i przekazywał informacje o zachodniej nauce i medycynie. Swoją wiedzę zdobywał od Holendrów, którzy jako jedyni w czasach japońskiej izolacji mieli w ograniczony, ale jednak możliwy, wstęp na tereny Japonii. Jest to również jeden z nielicznych budynków z połowy XIX w, który przetrwał II wojnę światową.


Spotkaliśmy też takiego dinozaura. 



Dinozaur reklamował turystykę w Japonii, 
oczywiste, prawda?

W pobliżu urzędu miasta (który był paskudnym budynkiem - jak na Japonię) znaleźliśmy kilka budowli w typowo europejskim stylu. 




Osaka Central Public Hall

Potem trafiliśmy do dzielnicy Dotonbori, która słynie z tłoku po zmroku, dużej ilości sklepów, knajpek i centrów rozrywki. Niekończące się ulice targowe były również popularne w Kioto.



Oj było tłoczno! Uliczki prostopadłe były wypełnione restauracjami, knajpkami i wielkimi reklamami. 


Pod wieczór Spokojny zrobił mi niespodziankę i zabrał do ciekawej (i dobrze zakamuflowanej) kawiarni, w której to najważniejsze były.... koty a sama kawiarnia to właściwie koci plac zabaw. 


Wewnątrz mieszkało 20 kotów. Po opłaceniu wejściowego dostaliśmy coś do picia, zdjęcia zwierzaków z opisem ich upodobań oraz pudełeczko z kocimi przysmakami. 


Koty były bardzo rozpieszczone i raczej znudzone ciągłą zabawą - wszak były tu najistotniejsze i świetnie zdawały sobie z tego sprawę. Za to na smakołyki były bardzo chętne :)



---
Wieczorem pojechaliśmy do japońskiej rodziny, u której mieliśmy nocować przez najbliższe kilka dni. Naszymi gospodarzami byli: Hideaki, jego żona oraz dwójka maluchów - urocza 3-letnia Mia oraz 3-miesięczny syn. Fajnie było obserwować, jak żyją. 
Mia dużo pomagała mamie, np. przy przewijaniu brata, układała buty itd. Japończycy są niezwykle pracowitymi ludźmi i przygotowują się do tego od małego - zgodnie z zasadą, każdemu pracę w miarę jego możliwości. 

Nasi gospodarze dosyć kiepsko mówili po angielsku. Ale jak się okazało, nie był to duży problem - od czego jest przecież internet. Korzystając z translatora internetowego mogliśmy rozmawiać. A czasem błędy w tłumaczeniu powodowały wiele radości. I dopiero w tym domu mogłam usłyszeć śmiech! Zobaczyć serdeczny uśmiech. Nareszcie! Już naprawdę zaczynałam wątpić w to, czy Japończycy potrafią się śmiać. 

A na marginesie mogę dodać, że mieszkanie było najczystszym, w jakim kiedykolwiek byłam. Nasz pokój był skromny, ładny, z tatami na podłodze. I oczywiście już na wstępie dostaliśmy służbowe kapcie :)

---
Innego dnia poszliśmy na wystawę dzieł Tima Burtona. Nam spodobały się przede wszystkim świetne rysunki pełne czarnego humoru. 


Tim Burton, Mothera

Zwiedziliśmy też malutki instytut technologii, w którym mogliśmy pobawić się nowymi wynalazkami. Takie miniaturowe Centrum Nauki Kopernik.


W tym przypadku, mogliśmy zobaczyć obraz
 Jana Vermeera Mleczarka (z XVII w.). 
Sterując joystickiem mogliśmy 
oglądać obraz tak, jakby był trójwymiarowy 
i przykładowo zajrzeć do wnętrza dzbana z mlekiem. 

Wykupiliśmy sobie również kartę turysty, dzięki której mogliśmy do wielu miejsc dostać się ze sporą zniżką lub nawet za darmo. Zmotywowało nas to do aktywniejszego zwiedzania. Rozpoczęliśmy od Osaka Castle czyli Zamku. Budowla wysoka na 5 pięter, pod ziemią posiada kolejne 3.



Ze szczytu zamku rozpościerał się widok na miasto. Na bezbarwne miasto. Japonia wydawała mi się pozbawiona kolorów, wyciszona zupełnie nie spontaniczna. Ale przy tym estetyczna. Budynki były ładne i czyste.



Poniżej tarasu widokowego, na kolejnych piętrach znajdowało się muzeum. Prezentowano w nim przede wszystkim dzieje zamku na tle historii całego kraju.

Szczególnie spodobała mi się makieta przedstawiająca wielką bitwę pod Sekigaharą (1600 r.) między wojskami Hideoshiego Toyotomi a Ieasu Tokugawą (i tenże zwyciężył).



Mimo to Toyotomi nadal posiadał wojsko i zamek w Osace. Tokugawa to tolerował przez 14 lat, ale w końcu postanowił zniszczyć wrogi ród do końca. Podczas kampanii 1614 - 1615 odbyło się 10 kolejnych bitew, a zamek mimo licznych umocnień, fosy i grubych, wysokich murów został zdobyty. Po tym wydarzeniu nastało 250 lat pokoju.



W czasie II wojny światowej budynek, (jak większość miasta) został zniszczony. Odbudowano go dopiero w 1997 r. - przy czym wnętrze zostało zupełnie zmienione i dostosowane do potrzeb muzeum.
Oczywiście zamek jest jednym z najpopularniejszych zabytków w Osace i co roku odwiedzają go rzesze turystów.

Zmęczeni tłokiem wyszliśmy do ogrodu. Kwitły już pierwsze wiśnie i brzoskwinie.



Tuż obok zamku znajdowało się muzeum miasta Osaka, które chętnie odwiedziliśmy.


Dostojnicy dworscy z czasów Edo. 

Wewnątrz prezentowano najważniejsze momenty w historii miasta, skupiając się przede wszystkim na czasach do XIX w.  Szczególne wrażenie wywarły na nas plakaty informujące o walkach sumo.


Nie mam najmniejszego pojęcia, 
jak Japończycy byli wstanie to odczytać. 
Szaleństwo!

A skoro o sumo mowa:


Innym równie ciekawym, a może i nawet jeszcze ciekawszym było Muzeum Mieszkań i Życia Codziennego.  Niesamowite było to, że wewnątrz budynku odtworzono z wszelkimi detalami ulicę z okresu Edo. Można było przebrać się w strój z epoki i wstąpić do licznych budynków, sklepików, domów mieszkalnych. Mogliśmy zobaczyć, jak wyglądała kuchnia czy sklep z kosmetykami. Zadbano o detale, symulując dzień i noc, włączano odpowiedni oświetlenie, do uszu dochodziły już zupełnie inne dźwięki np. wieczornego miasta albo porannych nawoływań i gwaru. Wrażenie było niesamowite. I baaardzo żałowaliśmy, że dotarliśmy tam zbyt późno by móc na spokojnie i w pełni obejrzeć to muzeum..


 Turyści w strojach z epoki Edo



Kapliczka shintoistyczna ukryta na jednym z podwórek


Lodówka marki toshiba! 
(choć logo wygląda zupełnie inaczej niż to współczesne)

W jednym z pomieszczeń zaprezentowano dziesiątki misternie wykonanych lalek. Są one prezentowane na 3 marca czyli na dzień dziewczynki. Figurki odzwierciedlają członków danej rodziny oraz wszystkich tych, którzy mają wpływ na rodzinę, np. właściciel ziemski.  Oczywiście nie mogło na takiej wystawie zabraknąć lalek cesarza i cesarzowej.



Jeśli moja dedukcja jest słuszna, 
to ta lalka przedstawia cesarza. 


Lalek było naprawdę wiele i wszystkie bardzo piękne.

Innym razem postanowiliśmy obejrzeć Osakę z wysoka. Mieliśmy ku temu spore możliwości.


Widok na Osakę z 55 piętra, od strony portu.



A tenże budynek, który z ziemi wyglądał jak kościół, 
okazał się być dziwaczną willą z basenem.


I te niesamowite, wysokie, kręte mosty

W centrum dostaliśmy się na dach 173 metrowego wieżowca, gdzie zorganizowano duży taras widokowy dumnie nazwany "wiszącymi ogrodami" co z ogrodem niestety nie miało nic wspólnego.


Rzeka Yodo.


 Hotel z wbudowaną kaplicą.


Na dachu była wyznaczona przestrzeń dla zakochanych, gdzie (i tylko tam) mogli wieszać swoje kłódki. Rozbawiła nas ta wielka klamra rowerowa. Ależ to musi być miłość!

Ponieważ widoków nam ciągle było mało, przepłynęliśmy się stateczkiem po portowej części miasta. I mogliśmy obserwować fantastyczne, ogromne mosty.



Pod koniec dnia przechodziliśmy obok zoo, gdzie w klatach mieszkały bociany. Bociany, nasze bociany!



Po tych wszystkich wrażeniach, po wizycie w tak cichych i czystych miastach, czas nam było wrócić na Filipiny. Ależ one nas wtedy wydały nam się głośne i brudne...Na szczęście nie całe Filipiny takie są!

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Dziwadełka i ciekawostki japońskie

Pewnie część z Was czekała na ten wpis. Wszak mówi się, że w Japonii jest tyle dziwności. My choć byliśmy tam bardzo krótko (zdecydowanie za krótko) to kilka ciekawostek zwróciło naszą uwagę. 

Pachinko
Pachinko (czyt. Pacinko) - to gra, na której punkcie oszaleli Japończycy. Automaty do pachinko są obowiązkowym elementem każdego salonu gier (a tych jest wiele). Na wstępie dostaje się kilkaset metalowych kulek. Zabawa polega na takim sterowaniu prędkością i częstotliwością wyrzucania kulek na planszę, aby jak najwięcej kulek dostało się do odpowiednich miejsc. 
Po trafieniu kulkami do odpowiednich otworów, dostaje się... kulki, które następnie można wymienić na punkty lub nagrody rzeczowe (oficjalnie hazard jest zakazany), ale często owe nagrody w budyneczku obok można wymienić na gotówkę. 



Gracze wygrywają wielkie pojemniki kulek...

W takich salonach bywało tłoczno (a najliczniejszą grupę stanowiły osoby dorosłe i starsze). W środku panował niesamowity jazgot od tych wszystkich maszyn i setki kolorowych, migoczących światełek. Myślę, że gdybym tam była chwilę dłużej, wpadłabym jakiś w trans. Czasem za graczem pojawiała się jedna lub kilka młodych, ładnych Japonek. Nie były to przypadkowe dziewczyny ale zwyczajne pracownice salonu. Ich zadaniem było kibicowanie graczowi i cieszenie się z jego sukcesów. Wszystko po to, by przy takim dopingu wydał więcej pieniędzy. Po opuszczeniu lokalu, dziewczyny wybierały innego delikwenta, aby mu pokibicować.

Jeny
W Japonii obowiązują jeny (YEN). Same banknoty wyglądają, jakby były zaprojektowane 50 lat temu. Niemniej, wbrew pozorom, yeny są bardzo ładne, i zdjęcie tego nie oddaje, zwłaszcza portretów pojawiających się jako znaki wodne w tych owalach na środku każdego banknotu.

10 000 jenów czyli jakieś 310 zł
Za: http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/a7/10000_yen_note.JPG

Widać, że ludzie o pieniądze dbają, ponieważ wszystkie banknoty, które przewinęły nam się przez ręce, były jak nowe (co najwyżej były złożone na pół). W porównaniu do filipińskich pesos, gdzie banknoty bywają tak brudne, że czasem trudno rozpoznać nominał - była to doprawdy miła odmiana.  
Cmentarz
Na cmentarzach też było kuriozalnie, no jak inaczej nazwać sytuację, gdy ktoś zmarłemu przynosi w prezencie puszkę piwa i stawia na nagrobku?



Automaty z napojami

Automaty z napojami zdominowały ulice Kioto i Osaki. Były na każdym kroku, nawet na małej, zapyziałej, osiedlowej uliczce.


Można w nich było kupić przede wszystkim gorącą(!) kawę w puszce, zimną zieloną herbatę albo zwyczajne piwo, a czasem nawet gotową zupkę instant. Obok takiej maszyny stał kosz na śmieci. I często to były jedyne pojemniki na odpady w okolicy. Japończycy gardzą jedzeniem i piciem w ruchu. Uważają to za straszny nietakt. Dlatego jeśli kupiłeś kawę w automacie, to ją w tym miejscu powinieneś wypić a śmieci wyrzucić do kosza. Człowiek biegnący rano do pracy, zagryzając w biegu drożdżówkę - nie, to nie tutaj. 


Chodniki
Mimo braku koszy na śmieci ulice były czyste i zadbane. Choć dla mnie - zdecydowanie za mało zielone. Brakowało mi tam jakiejś spontaniczności, drzewa przed domem czy dzikiego krzaka na poboczu. 
Z innych ciekawostek - na wąskich ulicach chodniki nie były na podwyższeniu jak u nas, a od jezdni oddzielał go tylko pas farby. Było to o tyle praktyczne, że w razie potrzeby (np. przejazdu szerszego pojazdu) można było taki pusty chodnik wykorzystać jako rozszerzenie jezdni. Było to też wygodne dla rowerów (te poruszają się po chodnikach), bo nie miały problemów z krawężnikami, podjazdami itd.

J/japonki
Japonki są zazwyczaj ładne. I dosyć elegancko się malują. I bardzo chętnie noszą wysokie obcasy, choć same nie są tak niskiego wzrostu jak inne Azjatki. Lubiłam na nie patrzeć, na pewną estetykę w ich stroju. Jedyne co mnie bawiło, to skarpety. Zarówno kobiety jak i mężczyźni nie lubią pokazywać stóp, za to lubią buty - japonki. Rozwiązaniem były odpowiednie skarpety - tabi, zaprojektowane specjalnie do tychże butów, w zdecydowanej większości były to skarpety białe.


Mapy
To że północ jest na północy u Japończyków wcale nie jest oczywiste. Co mam na myśli? Otóż mapy zazwyczaj wcale nie były zorientowane na północ, tylko w kierunku, w jakim stał słup z mapą, np. za południowy zachód.  


Zdarzały się też mapy z zaznaczonym południem, a nie północą. Czytanie  zatem należało rozpocząć od znalezienia kierunków.

Maseczki
Ludzie bardzo często noszą maseczki ochronne, ale to nie dlatego, że boją się ptasiej grypy a raczej nie tylko z tego powodu. Wielu Japończyków żyjąc w sterylnych warunkach padło ofiarą różnych alergii, a zwłaszcza na pyłki. Dlatego teraz, kiedy kwitną wiśnie, wielu mieszkańców próbuje się pyłków odseparować. 


  


Ba, nawet 3-letnia Mia - córka naszego gospodarza w Osace, miała lalkę z maseczką…

Dla mnie to było troszkę dziwne, zwłaszcza jak dwójka ludzi ze sobą rozmawiała. Taka maseczka utrudniała odczytywanie mimiki, a Japończycy i tak nie grzeszą przesadnym okazywaniem emocji. 


Toalety
Nie mogłam nie poruszyć tego oczywistego wątku. Toalety są tutaj bardzo zaawansowane technologicznie. Tak bardzo, ze czasem się człowiek musi nieźle zastanowić, jak z takiej skorzystać i nie zrobić sobie krzywdy. Wiecie, że dzięki nowoczesnym sedesom w wielu przypadkach nie ma potrzeby używania papieru toaletowego? 
Taki sedes potrafi człowieka po załatwionej potrzebie umyć cieplutką wodą, wysuszyć a nawet wypachnić! Obok sedesu jest zazwyczaj pilot z kilkoma a czasem kilkunastoma przyciskami. I oczywiście wszystkie opisane po japońsku. Wszystkie! Więc było trochę zabawy, gdy tak człowiek odkrywał nowe możliwości…


I to co bardzo mi się spodobało, to popularne umywalki nad sedesem.
Po uruchomieniu spłuczki, z kranu płynęła czysta woda, która napełniała zbiornik.  Można było od razu sobie ręce umyć. Ale co zabawne, deski sedesowe były często podgrzewane i bardzo czyste, a woda w tymże kranie zimna i często bez mydła. 

A końcówka papieru toaletowego była składana w trójkącik. I nie bardzo wiem po co.  Żeby kolejnej osobie było milej? A może bo takie zagięcie papieru sprawia, że wygląda to estetyczniej? 

O i inne kuriozum. W toaletach publicznych (jest ich bardzo dużo i są bezpłatne) zazwyczaj nie było suszarki do rąk ani ręczników papierowych. Ot, Japończycy chodzili ze swoimi malutkimi ręcznikami, właśnie na taką okazję.


Cisza
Wspominałam już o tym, jak cicho było w Kioto i Osace. Przykładowo, ludzie nie rozmawiali w środkach komunikacji przez telefon a nawet dzwonki komórek odzywały się rzadko i nieśmiało. A w pociągach, przy miejscach siedzących przeznaczonych dla osób starszych i matek z dziećmi, była wprost informacja, że to strefa ciszy i w telefonie należy wyłączyć dźwięki. 
Ale to nie oznacza, ze Japończycy z telefonów nie korzystają, wręcz przeciwnie. Po prostu więcej piszą niż rozmawiają.


Jedzenie
W sklepikach można kupić od razu gotowe omlety, miseczki ryżu czy całe zestawy lunchowe a po zapłaceniu obsługa sklepu jedzenie szybko odgrzewała. Konsumpcja zatem następowała praktycznie tuż obok sklepowych półek, na wyznaczonej do tego celu przestrzeni. 

Bento - to popularny zestaw obiadowy, który dobra żona powinna przygotowywać mężowi do pracy. Bento składało się z kawałków różnego jedzenia i też było do kupienia w bardzo wielu wariantach (to dla tych co małą złe żony). 


Wiele restauracji prezentowało na wystawie atrapy jedzenia, które wyglądały jak prawdziwe. Atrapa piwa miała piankę, a w sztucznym rosole pływały oka. Gdy człowiek spoglądał na coś takiego, od razu robił się głodny. 


A faktyczna potrawa wyglądała jak te na witrynie. Żadnej ściemy!


Lody, jak i ogólnie słodycze, Japończycy robią naprawdę pyszne. Chyba najlepsze, jakie w życiu jadłam. A ciastka i lody herbaciane - pychota!


Na widok takich pyszności od razu byliśmy głodni

Na obiad i kolacje często spożywa się zupę rybną miso oraz rosołopodobne udon lub ramen - są to zupy z odpowiednim makaronem i różnymi dodatkami, np. pływającym na wierzchu omletem albo dziwnymi grzybami. (Udon ma makaron bardzo gruby, ramen - cienki, prawie jak zupki "chińskie", które nota bene zostały wymyślone w Japonii i mają swoje własne muzeum)


Zupa miso

Grzybki też tam mają fajne:


Ramen i udon zazwyczaj są serwowane w małych barach, oznaczonych dużymi lampionami, bez drzwi, za to z przysłoniętym od góry wejściem (tak, że człowiek przekraczając próg musi się schylić). Wewnątrz podłużne lady dookoła kuchni. Tak więc na bieżąco widać, co właśnie przygotowuje kucharz. Japończycy potrafią jeść mlaskając przy tym głośno. 

Wieczorami zmęczeni godzinami spędzonymi w pracy, mężczyźni lubią sobie odpocząć przy szklaneczce sake. Może być podawana na ciepło, albo na zimno i zawsze ze spodeczkiem. Po co? Bo jak nalewają sake, to zazwyczaj nalewają więcej niż się mieści w szklaneczce i nadmiar spływa na spodek. To na dowód, że kelnerzy nie próbują na kliencie przyoszczędzić. 


Raz będąc w malutkiej restauracji zamówiłam sobie do sake smażony korzeń lotosu. A że nie wiedziałam co to jest, nie miałam specjalnych oczekiwać. Spokojny tymczasem zamówił tofu (polskie tofu nie przypomina w smaku tego japońskiego czy filipińskiego). Przyszła pierwsza potrawa, wyglądała dziwnie, więc stwierdziliśmy, ze to pewnie ten korzeń. I zjadłam z apetytem choć smakował dziwnie znajomo. Po jakimś czasie  oczekiwania Spokojny zapytał, kiedy na stół dotrze jego tofu, a pani grzecznie wyjaśniła, że przecież już je podała a, że ja zabrałam i zjadłam…. No cóż, tofu było istotnie lepsze niż korzeń, który za chwilę pojawił się na stole. Za to porcje tak malutkie, że mimo, że zapłaciliśmy dużo za przeciętny smakowo obiad, wyszliśmy niezbyt najedzeni (ale za to trochę po sake wstawieni).

Następnego dnia w innej knajpce zamówiliśmy udon. I ze skrajności w skrajność, zamiast, jak się spodziewaliśmy, małej miseczki zupy z makaronem, dostałam wielką ciężką michę, w które był przynajmniej litr zupy. A myślę, że więcej.


Udon z grzybami

A z ciekawostek: Można kupić sobie bułkę nadziewaną sałatką ziemniaczaną, albo….


...z makaronem! Do tego sałatka, omlet i trójkącik ryżowy


Albo... 


gorącą bułkę zimnymi lodami, 
czyli koszmarek dla ludzi z nadwrażliwymi zębami.

Albo…. 


...lody o smaku wody sodowej.


Parasole
W deszczowy dzień można było odnieść wrażenie, że w Japonii występuje tylko jeden rodzaj parasola - przezroczysty z białą rączką.  Można je było kupić praktycznie w każdym sklepie wielobranżowym i spożywczym, a także w automatach.  A jakby się człowiek trochę postarał (choć nie jakoś tak bardzo), to by sobie jakiś znalazł, np. stojące gdzieś na ulicy przy przystanku autobusowym. 

Automat z parasolami

Wchodząc do co lepszych centrów handlowych można było parasol włożyć do odpowiedniej maszynki, która nakładała na niego foliową torbę, tak żeby podczas zakupów nic nie kapało na podłogę. 

A tam, gdzie parasol trzeba zostawić przy wejściu zdarzały się stojaki - z zabezpieczeniami na kluczyk, tak żeby nikt nam (wyłącznie przez pomyłkę) parasola nie zabrał. 



A zresztą - nawet jakby ktoś zabrał nie swój parasol, to pewnie by się nawet nie zorientował, bo większość wygląda podobnie. 


A na zakończenie: 


Tak. sukienkę ślubną można sobie kupić… w kiosku. 

PS. A na dowód, że w Japonii wszystko jest możliwe: 


Czyli sklep otwarty od 10:00 do 26:00.
(: